niedziela, 4 stycznia 2015

Rozdział Drugi

Tak wiemy, wiemy........
DWA MIESIĄCE!
Przypominamy o naszych prywatnych blogach:
http://chemicznieznanana.blogspot.com/ ~ Gerardowca
http://tdk-funversion.blogspot.com/ ~ Kotna
__________
         Wstałem od stołu i zacząłem kierować się na scenę. Czułem na sobie pełen łez, wzrok Mikey’ego, a sam nic. To jeszcze do mnie nie doszło. Nie doszło do mnie to, że niedługo będę musiał stoczyć walkę na śmierć i życie z najlepszymi kumplami i… własnym bratem…
         Powoli pojawiłem się przy Minaj. Spojrzała na mnie rozbawionym wzrokiem. Rozumiem, też bym się cieszył wiedząc, że to nie ja idę na pewną śmierć.
- Gerard Way i Bella Thorne! – okrzyknęła – trybuci z Dystryktu Dziewiątego! Podajcie sobie ręce!
        Jej dłoń była ciepła. Spojrzałem na nią. Wzrok miała podobny do Minaj. Rozbawiony. Przyciągnęła mnie do siebie i przytuliła.
- Idziesz na pierwszy front – szepnęła mi do ucha.
     Oderwałem się od niej, a ona z uśmiechem dołączyła do pozostałej grupy wylosowanych. Rozpieszczona gówniara i tyle. Nic po niej. Ale przerażoną i niewinną to umie udawać.
     Razem z nią ustawiliśmy się w dziewiątym rzędzie. Jeszcze raz podarowała mi wredny wyraz twarzy, na co ja nie zwróciłem uwagi.
     Nie wiedziałem już potem, co się dzieje. Nie znałem reszty trybutów, ale przyszedł czas na przydzielenie nam mentorów. Zauważyłem, że są to postacie z książek. Dystrykt Pierwszy zdobył Bellę Swan, ze „Zmierzchu”, a Piątka Harrego Potter’a. Mentorem moim i Belli został Alec z „Darów Anioła”.
      Przywitaliśmy się i chłopak wyprowadził nas na zewnątrz. Pierwszy raz od pięciu lat jestem na dworze. Promienie słońca świeciły mi w twarz grzejąc całe ciało. Zmrużyłem oczy. Blask mnie oślepiał. Tuż po wyjściu ujrzałem mnóstwo ludzi, którzy pchali się, aby zobaczyć trybutów. Alec zaprowadził nas do pociągu, którym mieliśmy dojechać do Kapitolu.
     Szedłem tuż za Bellą. Jej rude włosy skakały we wszystkie strony. Przed wejściem obróciła się i posłała całusa w stronę ludzi. Jak ja jej nienawidzę.
      Metalowe drzwi zamknęły się tuż za mną. Pociąg ruszył. Straciłem równowagę i upadłem do tyłu, po czym usłyszałem śmiech Belli. Miałem ochotę wstać i dać jej w policzek, kiedy ona również się przewróciła. Najmniejsza prędkość Kapitolińskich pociągów to czterysta kilometrów na godzinę. Już następnego dnia powinniśmy być na miejscu. Też się zaśmiałem.
- Czego się śmiejesz? – ryknęła.
     W odpowiedzi usłyszała tylko mój śmiech.
      Wszyscy dostaliśmy własne pokoje i wypełnione po brzegi szafy, oraz prywatne łazienki. Wziąłem szybki prysznic. Od czasów, kiedy pamiętam nie brałem prysznicu. Kiedy tylko pierwsze krople spadły na moje włosy i nagie ciało poczułem się o wiele lepiej. Od pięciu lat nie myłem się, nie zmieniałem ubrań. Czułem się świeżej. Nareszcie zastąpiłem stare, poszarpane, śmierdzące ubrania – które, jak się powtórzę, nosiłem od pięciu lat – nową błękitną koszulką i skórzanymi spodniami. Dawno tego nie odczuwałem. Jestem teraz umyty, dobrze ubrany i już nie śmierdzę, a do tego zaraz dostanę obiad.
    Kiedy ja, Bella i Alec usiedliśmy przy stole już odświeżeni, zaczął się obiad. Powiem szczerze – miałem ochotę wskoczyć na stół i zjeść wszystko, ale oczywiście musiałem się powstrzymać.
-Czy mógłbyś nam pomóc? – zacząłem.
- W czym? – zapytał Alec.
- W tym…. Jesteś naszym mentorem… Powiedz nam, co mamy zrobić na arenie.
- Mi ta informacja nie jest potrzebna – wtrąciła się Bella – sama przetrwam i będę wiedzieć jak.
- Może po obiedzie? – dopytał Alec, udając że nie usłyszał dziewczyny.
      Nie chciałem się potem odzywać. Nawet kurczak zmienił swój smak na gorszy. Wszystko przez nią. Przez tego głupiego rudzielca.
- Dziękuję – powiedziałem – skończyłem.
      I odszedłem. Nie mogłem zmrużyć oka. Byłem zbyt zszokowany. Co robiła wtedy reszta zespołu. Mikey? Frank? Bob? Ray? Jechali właśnie innym pociągiem, pewnie z lepszą partnerką z dystryktu i mentorem.
      Nagle usłyszałem pukanie do drzwi. Usiadłem na łóżku i zaprosiłem gościa do środka. To był Alec.
- Czego? – zachowałem się dość niegrzecznie, ale nie mogłem się powstrzymać.
- To chcesz wiedzieć, Gerard? Chcesz pomocy – poprawił mi włosy, a ja się od niego odsunąłem.
- Jestem Gee – poprawiłem go – i tak. Możesz mi doradzić.
- To co chciałbyś wiedzieć?
      Wtedy się skonsternowałem.
- Może sam mi powiesz?
- A wyglądasz na takiego, który zawsze stawia na siebie – powiedział cicho.
     I nagle jego twarz zaczęła się zbliżać do mojej. Ustami zaczął rozchylać moje i spoczęliśmy w namiętnym pocałunku. Podobało mi się. Nie mam pojęcia dlaczego. Tak nie powinno być. Nie powinno… Kiedy odzyskałem świadomość odepchnąłem go od siebie.
- Ogarnij się! - skrzyczałem go - nie kocham nikogo... a już szczególnie chłopaka.
      I zapadła niezręczna cisza. Przypomniałem sobie równie namiętne pocałunki z Frankiem i jego błyszczące oczy, oraz cudownie ciepłe dłonie... To była przeszłość.
        Popatrzyłem Alecowi prosto w oczy. Jego źrenice spłynęły na dół.
- Dobrze - przerwał ciszę, takim głosem, że aż zrobiło mi się go żal - w takim razie, powodzenia Gerard. Radź sobie bez mentora, ponieważ właśnie go straciłeś.
         Czy można kogoś zranić tak bardzo, jak właśnie wtedy tego dokonałem?
          Nigdy nie zapomnę rozstania z wytatuowanym chłopakiem... Cząstką mojego życia.
         Było już wtedy ciemnawo, pamiętam to doskonale. Stałem wraz z Frankiem na balkonie. Była to pora naszego życia, w której Strażnicy Pokoju pozwalali wychodzić na godzinę z pokoju. I właśnie tam się z nim wybrałem.
         Patrzyliśmy na gwiazdy. Frank objął mnie ramieniem, a ja się od niego odsunąłem.
- Ale Gee... - zaczął zakłopotany.
- Frank... Ja przepraszam, ale to...
- Chcesz ze mną zerwać? - wykrzyczał - Okay, ale już nigdy do mnie nie podchodź, jasne?
         To był najgorszy dzień z możliwych, zraniłem jedną z najbliższych mi osób.
          A teraz znów ranię...

         




    

czwartek, 6 listopada 2014

Rozdział Pierwszy

    Mieszkam w Panem. Co to Panem? Powstałe na ruinach dawnej Ameryki Północnej. Jego stolicą jest Kapitol.
     Siedziałem tam od pięciu lat. Sam. Jak palec. Zamknięty w małym, szarym pokoiku z jednym oknem, które umieszczone było za stalowymi kratami. Dla „upiększenia” dodali mi na parapet kwiat, który trzy lata temu zwiędnął. Rodziny nie widziałem, zdaje mi się od wieków. Członków zespołu również. Też są zamknięci w innych pokojach.
      Dlaczego? Prezydent Snow nie toleruje sztuki i wszystkich piosenkarzy i aktorów pozamykał w tym domu w różnych pokojach. Dziwne? Nienormalne? Wiem.
      Jedzenie dostawaliśmy przez dziurę w drzwiach. Nie było specjalnie dobre, ale lepsze to niż umierać z głodu.
      Pewnego dnia, gdy siedziałem skulony pod oknem, usłyszałem kroki. Zbliżały się do moich drzwi. Zdziwiony wstałem i podszedłem bliżej. Odgłos ciężkich butów stąpających po podłożu nasilił się. Czy na pewno idą do mnie? Nikt tu od pięciu lat nie wszedł…
      Nagle drzwi otworzyły się zamaszyście, zwalając mnie z nóg. Przed sobą zauważyłem dwóch Strażników Pokoju, czyli ludzie pracujący dla Snowa.
- Witam – przywitałem się, nadal leżąc na podłodze – dawno się nie widzieliśmy. To… Jesteście tu, aby wypić ze mną herbatkę?
      Nie odpowiedzieli. Jeden z nich złapał mnie za ramię i pociągnął w górę. Zachwiałem się, ale po chwili stałem już spokojnie. Wyszli z pokoju. Zdezorientowany poszedłem za nimi.
- Dokąd idziemy? – zapytałem, ale drugi zapiął mi kajdanki – łooo! Wiem, wiem… Nie jestem supergrzecznym, dorosłym chłopcem, ale przez przesady!
      Zaczęli mnie prowadzić przez labirynt korytarzy. Chyba zacząłem ich troszkę denerwować pytaniami: „daleko jeszcze?”, które zadawałem co pięć minut.
      Nareszcie doszliśmy do wielkich, stalowych drzwi. Strażnicy otworzyli je i wepchnęli mnie do środka. Zauważyłem wiele osób, które niegdyś śpiewały. Do czasu, gdy sztuka nie została zabroniona. Wszyscy od pięciu lat byli zamknięci w pokojach, takich jak mój.
       Rozejrzałem się po wielkiej sali. Na środku stały trzy stoły. Ułożone były pionowe do „sceny”, na której stał rządek krzeseł. Przy pierwszym stole zauważyłem aktorów i aktorki, drugi zajęty był przez piosenkarki, a trzeci przez piosenkarzy.
        Jakiś inny Strażnik Pokoju usadowił mnie przy odpowiednim stole, gdzie wzrokiem wyszukałem osoby z mojego zespołu. Uśmiechnąłem się niepewnie i lekko pomachałem dłonią. Mikey, mój brat, odpowiedział tym samym.
      Na scenę weszła Nicki Minaj w różowym stroju.
- Witam! Witam! – uśmiechnęła się, ale niestety nie uzyskała odpowiedzi – dzięki woli naszego ukochanego prezydenta, odbędą się Głodowe Igrzyska – tu wyjaśnia zasady, których jakoś specjalnie nie chciało mi się słuchać, zainteresował mnie jednak główny cel. Śmierć, bądź życie – wylosujemy 24 osoby, 12 mężczyzn, 12 kobiet, którzy stoczą walkę na śmierć i życie. Dla ubarwienia tego ekscytującego pojedynku stworzyliśmy dystrykty. Będzie ich dwanaście. Każdy będzie reprezentować 1 mężczyzna i 1 kobieta. Po co, pytacie? Aby wiadomo, czy warto – tu zaśmiała się wniebogłosy, ale znów bez odpowiedzi – Tak, więc….. Panie mają pierwszeństwo!
      Obok niej, w podłożu zrobiła się dziura,  z której wysunął się stoliczek z oszkloną kulą, z białymi karteczkami.
- Dystrykt Pierwszy reprezentuje… Miley Cyrus!
      Nie chcę was teraz zanudzać bezsensowną i nużącą mową pani Minaj, więc wam zaprezentuję ludzi:
- Dystrykt Pierwszy: Justin Bieber i Miley Cyrus
- Drugi: Taylor Lautner i Selena Gomez
- Trzeci: Ross Lynch i Taylor Swift
- Czwarty: Billie Jou Amstrong i Amy Lee
- Piąty: Bob Bryar  i Demi Lovato
- Szósty: Mikey Way i Jennifer Lawrence
- Siódmy: Ray Toro I Kristen Stewart
-Ósmy: Frank Iero i Zendaya Coleman
       Chciałem tam się położyć i rozpłakać. Dlaczego oni? Dlaczego akurat ta czwórka? Dlaczego moi przyjaciele? Co zrobię jak ich zabraknie? Nie chciałem już żyć w tamtej chwili.
 - Dystrykt Dziewiąty! – okrzyknęła już zmęczona Nicki – Bella Thorne!
      Ze stołu z piosenkarkami wstała dziewczyna z płomiennorudymi włosami i zielonymi oczami.
- Gerard Way!

       Ten dzień nie mógł być gorszy. 

Prolog

Co zrobisz, gdy wiesz, że ktoś zaraz wylosuje cię na śmierć?
Nie wiesz co zrobisz, bo cię taka sytuacja nie spotkała.
A ja wiem.
Dlaczego?
Wszystko przez jedną, małą, białą karteczkę z moim nazwiskiem.
Przez nią straciłem przyjaciół.
Przez nią, wciąż mam koszmary.
Przez nią bałem się, że za zakrętem czeka człowiek, który ma chrapkę…
Na moje życie.
Jestem Gerard Way i przeżyłem grę, w której chodzi o zabawę…

Zabawę na śmierć i życie. 

środa, 5 listopada 2014

Post Pierwszy, w którym wyjaśniam, co i jak.

Witam Was na tym blogu.
Jest on o opowiadaniu, w którym Gerard Way opisuje swoje przeżycia z areny Głodowych Igrzysk.
Krótko o fabule:
Prezydent zabronił śpiewać, grać na instrumentach i w filmach, malować i tak dalej. Zamknął ich wszystkich i nie pozwalał wypuszczać. Kiedy do pomieszczenia, w którym żył Gerard przychodzą Strażnicy Pokoju, jego życie bardzo się zmieni. Będzie wiedział, że straci osoby dla siebie najważniejsze - Franka, Raya, Mikey'ego.
Mam nadzieję, że wam się spodoba.
Na koniec chciałam dodać, że opowiadanie te piszą dwie osoby:
- ja :)
- Gerardowca: http://chemicznieznanana.blogspot.com/
Mam nadzieję, że czytanie będzie dla was przyjemne :)